Feed on
Posts
Comments

DNA Boga

Kolejna sensacja. Po “Kodzie da Vinci” i Ewangelii Św. (?) Judasza do akcji włączyła się archeologia. W Jerozolimie 27 lat temu odkryto w jaskini kilka sarkofagów z imionami Jezus syn Józefa, Maria, Józef, Maria Magdalena, Juda syn Jezusa i Mateusz. Oczywiście takie znalezisko musiało spowodować falę spekulacji, że jest to faktyczny grób Chrystusa i jego rodziny (włączając w to żonę Marię Magdalenę i ich syna). Podobno udało się przeprowadzić badania DNA, które potwierdzają tę tezę. Wszystko zaś sfilmował James Cameron (ten od “Titanica”), a premiera tego dokumentu odbędzie się w najbliższy weekend. Teraz trochę pospekuluję, bo oczywiście nie miałem szansy zapoznać się z wynikami tych badań, ani, rzecz jasna, obejrzeć filmu.

Badania DNA mogą co najwyżej wykazać pokrewieństwo (lub jego brak) pomiędzy osobami pochowanymi w tym grobie. Można również rozważać prawdopodobieństwo, że w Ziemi Świętej żyła rodzina o takich imionach (jak się wydaje wcale nie takie małe zważywszy na liczbę Marii występujących w Ewangeliach). W sumie dowody to żadne, co najwyżej poszlaki.

Ale załóżmy na chwilę, że faktycznie mamy dostęp do DNA Zbawiciela. W końcu wiadomo, że był człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Gdyby więc żył w dzisiejszych czasach, pobranie próbki byłoby jak najbardziej możliwe. Wiadomo również, że był synem Marii, powinien więc odziedziczyć po niej połowę chromosomów. Ale skąd druga połowa? Wszak nie był klonem. Czy mając kompletny genom Jezusa i Maryi moglibyśmy odtworzyć genom Boga Ojca?

A może wynikiem byłby arbitralnie stworzone na potrzebę dookreślenia ciała Zbawiciela DNA? Może odkrylibyśmy gen odpowiadający za boskość? A może badanie wykazałoby się, że Jezus był zwykłym człowiekiem, wszak Bóg nie jest skrępowany prawami tego świata i może wybierać dowolne, niepojęte dla nas, sposoby realizacji swojej woli.

Wczoraj odbyła się któraś już z kolei rozprawa o spowodowanie wypadku przez znaną pływaczkę olimpijską Otylię J.1. Ponieważ jest ona znaną osobą, a i sam wypadek należał do wyjątkowo medialnych, mieliśmy okazję wysłuchać i przeczytać mnóstwo opinii na ten temat. Pomińmy rozważania biegłych o tym, z jaką prędkością należy wyprzedzać i czy Otylia popełniła błąd, czy nie. Biegli wiedzą swoje i miejmy nadzieję, że nie kierują się emocjami. Dziennikarze i zwykli ludzie, natomiast, stoją na stanowisku, że należy Otylię jako “piratkę drogową” przykładnie ukarać, albo są zdania, że wypadek i śmierć brata same w sobie są karą wystarczająco dotkliwą.

Tu dochodzimy do problemu, o którym chcę napisać. Czy karanie za wypadki jest sprawiedliwe? Jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że nie powinno się karać za czyny popełnione nieumyślnie. Załóżmy, że przewrócimy się na ulicy niosąc czyjś, powierzony nam cenny zegarek i niechcący go zniszczymy. Wynik jest dla właściciela zegarka identyczny z tym, jaki byłby, gdyby zegarek został ukradziony. Czyli, jeżeli za kradzież należą się dwa lata więzienia, za zniszczenie kara powinna być podobna. Powiecie, że zegarek został powierzony, ale to jest jeden z możliwych scenariuszy kradzieży - nieoddanie powierzonego przedmiotu na żądanie właściciela. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie utożsamia tych dwóch przewinień. Absurdem byłoby, gdyby potknięcie się mogłoby prowadzić do znalezienia się w więzieniu. Ale to nie koniec. Oczywiście poszkodowanemu, czyli właścicielowi zegarka, należy się odszkodowanie. Zatem swoistym rodzajem kary jest konieczność odkupienia lub zapłacenia za szkodę. Nie jest to jednak kara tylko wyrównanie strat poszkodowanemu.

To samo rozumowanie można przenieść na grunt wypadków drogowych. Dla uproszczenia odrzućmy rzadkie sytuacje, kiedy wypadek spowodowany jest z premedytacją. Jeżeli stała się tragedia, jej sprawca powinien wynagrodzić straty wszystkim poszkodowanym. Nie da się w żaden sposób wycenić utraty ukochanej osoby, ale można pokryć koszty z nią związane. Wypłacić rentę okaleczonemu, alimenty żonie i dzieciom zabitego, pokryć straty materialne i koszty leczenia. Nie jest to kara, ale poniesienie kosztów popełnionego błędu. Równocześnie jednak jest to sankcja częstokroć bardziej dotkliwa niż krótki (albo w zawieszeniu) wyrok więzienia.

W przypadku Otylii poszkodowana jest ona sama i jej rodzina. I oni właśnie powinni rozstrzygnąć jakie zadośćuczynienie im się należy. Sąd natomiast powinien co najwyżej rozstrzygnąć, czy zderzenie było spowodowane umyślnie, czy też było tragicznym w skutkach wypadkiem. Ale chyba co do tego nikt nie ma wątpliwości.

  1. nie mogłem oprzeć się chęci zastosowania debilnego przepisu o zakazie publikowania nazwisk oskarżonych[w górę]

Godność

Jego Świątobliwość Benedykt XVI w przesłaniu odczytanym na zakończenie III Światowego Kongresu Przeciwko Karze Śmierci napisał, że kara ta jest między innymi “obrazą godności człowieka”. Zastanówmy się chwilę czym jest godność. Behawiorysta powie najpewniej, że godność to możliwość uniknięcia nieprzyjemnych bodźców. Arystoteles definiował ją jako złoty środek pomiędzy przywarą zarozumialstwa, a wadą służalczości. Chrześcijanie, natomiast, wywodzą godność z istoty człowieczeństwa, na którą składa się między innymi wolna wola. Stąd proste wnioskowanie, że jakiekolwiek nieuzasadnione ograniczanie wolności ludzkiej jest zaprzeczeniem poszanowania godności. Nie trzeba tutaj cofać się do czasów niewolnictwa, przywoływać upodlenia w komunistycznych i niemieckich obozach koncentracyjnych. Rozejrzyjmy się wokoło.

Państwo zakazuje nam spożywania niezdrowych substancji, jazdy bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, zmusza nas (dla naszego dobra oczywiście) do ubezpieczania się od wszystkiego. Czy to nie jest zawłaszczanie wolności? Teraz pojawią się argumenty, że to dla naszego dobra. Może i racja, ale człowiek ma prawo wyboru jak i czy chce żyć. Na tym właśnie polega jego wolna wola. Gdyby, na przykład, nasz Stwórca chciał, żebyśmy nie mogli odebrać sobie sami życia (wszak to grzech, a już na pewno nic korzystnego dla zdrowia), toby nas stworzył do tego niezdolnych. Chyba nie ma wątpliwości, że był w stanie tak uczynić. Skoro więc możliwość szkodzenia sobie jest częścią człowieczeństwa, odbieranie jej przez zakazy i regulacje narusza godność człowieka, sprowadza go do roli zwierzęcia, które nie jest zdolne do rozróżniania dobra od zła i dokonywania na tej podstawie wyborów. Zwierzę potrzebuje do tego właściciela, a człowiek nie potrzebuje nikogo, zwłaszcza państwa z jego przemocą.

Wróćmy teraz do problemu kary. Udało mi się, jak sądzę, uzasadnić, że zakazywanie kładzenia głowy na torach przed nadjeżdżającym pociągiem narusza ludzką godność. A czym się różni położenie głowy na torach od świadomego popełnienia czynu zagrożonego karą główną? Co najwyżej stopniem prawdopodobieństwa, że śmierć faktycznie nastąpi. Mordercy są zresztą doskonale tego świadomi i starają się to prawdopodobieństwo minimalizować zacierając ślady zbrodni. Abstrahując od tego, czy kara główna jest sprawiedliwa, jej wykonanie jest jedynie uszanowaniem decyzji przestępcy: “Położyłeś głowę na torach, proszę bardzo, oto nadjeżdża pociąg…”. Czy tak postępuje się ze zwierzętami? Nie zabijamy, ani nie karzemy krowy, która kopnęła rolnika. Co najwyżej zaczynamy w jej obecności być ostrożniejsi. Bo krowa jest zwierzęciem i pojęcie odpowiedzialności jest obce jej naturze. Czy traktowanie zbrodniarza, ale bądź co bądź człowieka, jak bydlę licuje z jego godnością?

Króciutkie opowiadanko na korespondent.pl. Zapraszam do lektury.

Vista - ale przez kraty

Pojawiła się wreszcie długo oczekiwana kolejna wersja popularnego systemu operacyjnego firmy Microsoft. Trudno mi ją ocenić, ponieważ w ciągu ostatnich kilku lat bardzo rzadko zdarzało mi się korzystać z tego egzotycznego środowiska. Z relacji jednakowoż wynika, że jest to system niezwykle awangardowy. W szczególności jako jeden z bardzo nielicznych pojawił się na rynku zanim producenci sprzętu wprowadzili do swojej oferty urządzenia o parametrach wystarczających dla jego pełnego funkcjonowania1. Prace nad nim trwały ponad pięć i pół roku (trzy lata dłużej niż planowano). Zastanówmy się, czy było warto.

Czas pokaże, czy system jest tak bezpieczny jak zapowiada to jego producent. Interfejs graficzny podobno zapiera dech w piersiach, ale naprawdę innowacyjna część jest przed użytkownikiem dobrze ukryta. Otóż Microsoft postanowił zaimplementować niezwykle zaawansowany system DRM (Digital Rights Management). W skrócie tym wyraz “prawa” odnosi się do praw dostępu do informacji, np. plików audio lubi wideo, ale również innych dokumentów. W poprzednich wersjach systemu użytkownicy mieli pełen dostęp do tego typu plików, mogli je kopiować, odtwarzać, edytować wedle uznania. Teraz, o tym co wolno właścicielowi komputera uczynić z danymi znajdującymi się w jego posiadaniu, decyduje dostawca informacji (np. dysku HD-DVD). Innymi słowy zarządzanie prawami, służy wyłącznie do ich ograniczania (oczywiście jeżeli mówimy o prawach właściciela komputera).

Metody, jak skutecznie coś takiego uczynić są niezwykle złożone. W końcu chodzi tutaj o uniemożliwienie wykonania pewnych czynności osobie, która ma nieograniczony, w tym fizyczny, dostęp do urządzenia. Microsoft stanął jednak na wysokości zadania. Poniżej przytoczę kilka nowych funkcji, które w tym celu zostały zaimplementowane:

Wyjścia, które pozwalają na przesłanie niezabezpieczonych danych wysokiej jakości nie mogą być użyte do odtwarzania chronionych treści. Przestanie np. funkcjonować wyjście S/PDIF (optyczne wyjście audio). Załóżmy, że kupiliście wymarzoną płytę SACD, z dajmy na to pierwszym koncertem fortepianowym Czajkowskiego i chcecie jej odsłuchać przez wasz super drogi wzmacniacz S/PDIF. Nie uda się to, ponieważ połączenie pomiędzy komputerem a wzmacniaczem nie jest bezpieczne (moglibyście, o zgrozo, nagrać sygnał przez nie przesyłany). To samo dotyczy wyjścia composite video (YPbBr), praktycznie wszystkich obecnie oferowanych kart graficznych2, oraz kart muzycznych z własnym sprzętowym mikserem ASIO.

Lubicie rozmawiać przez Skype? Tego typu programy stosują zaawansowane metody wyciszania echa. Dzięki temu można używać mikrofonu i normalnych głośników oraz zapewnić, że rozmówca z drugiej strony łącza nie będzie słyszał swojego głosu, ani innych dźwięków wydobywających się z naszych głośników. Niestety, programy wyciszające pogłos muszą wiedzieć co konkretnie jest w danej chwili odtwarzane przez głośniki i mogłyby tę wiedzę wykorzystać do przechwycenia odtwarzanej muzyki. Ale twórcy Visty o tym też pomyśleli. Podsłuchać będzie można co najwyżej zniekształconą i zaszumioną wersję muzyki, jak to wpłynie na jakość usuwania echa wyjaśniać nie trzeba.

No dobrze, a co ze sprzętem, który nie jest zgodny z systemem zabezpieczeń? Nic straconego. Vista odtworzy film na każdym urządzeniu, ale będzie on miał obniżoną jakość. Microsoft używa tutaj sformułowania “slightly fuzzy”. Na szczęście ograniczenie to dotyczy tylko urządzeń wyświetlających ponad 520k pikseli3. W ten sposób Windows Vista jest pierwszym systemem operacyjnym w historii mającym kod błędu pojawiający się, gdy rozdzielczość ekranu jest zbyt wysoka (STATUS_GRAPHICS_OPM_RESOLUTION_TOO_HIGH). Nie jest do końca jasne, czy ograniczenie jakości dotyczy całego wyświetlanego obrazu, czy jedynie okienka z filmem.

Panie Kowalski, ten zamazany obszar na pańskim prześwietleniu oznacza jedną z dwóch rzeczy. Albo ma Pan ciężką gruźlicę, albo system zabezpieczeń w naszym komputerze uznał, że część Pańskiego lewego płuca wygląda jak Myszka Miki.4

Kolejny problem, który musieli rozwiązać projektanci był jeszcze bardziej złożony. Jak mianowicie zagwarantować, że sprzęt zainstalowany w komputerze jest oryginalny. Przecież wredny haker mógłby zainstalować własną wersję karty graficznej, która zamiast kierować obraz na monitor, zapisywałaby go na dysku twardym. Vista 30 razy (słownie: trzydzieści) na sekundę sprawdza, czy konfiguracja sprzętu i klucze szyfrowania się nie zmieniły. Dodatkowo co jakiś czas testuje, czy urządzenie jest oryginalne wykonując na nim jakąś złożoną operację i sprawdzając, czy wynik jest dokładnie zgodny z przewidywaniami. Oznacza to, że możemy pożegnać się z otwartością specyfikacji urządzeń. Ponadto sprzęt musi być wyposażony w dodatkową flagę “tilt bit”, która miałaby być podnoszona w przypadku jakiegoś nietypowego zdarzenia (np. skoku napięcia zasilającego). Wtedy natychmiast resetowany jest podsystem odtwarzania, obniżana jakość lub zatrzymuje  się projekcję w oczekiwaniu na opuszczenie tej flagi. W ten sposób Vista jest pierwszym systemem operacyjnym, który zamiast starać się działać mimo drobnych błędów sprzętu, eskaluje je dalej. Ponadto każde urządzenie ma zestaw kluczy, które, jeżeli okaże się, że nie są spełnione wymogi bezpieczeństwa (albo jego producent nie odnowił licencji), mogą zostać odwołane. Czy to nie piękny bat na producentów sprzętu? Wyobraźcie sobie miny użytkowników odkrywających, że ich sprzęt z dnia na dzień przestał działać.

Ostatnia innowacja, o której zamierzam wspomnieć, to wszechobecne w Viście szyfrowanie. Dane przesyłane wewnątrz naszego komputera mógłby ktoś (czyli my) podsłuchać. Powoduje to dodatkowe obciążenie procesora. Programiści Microsoft zadbali nawet o to, żeby zapisywane na dysku (swapowane) strony pamięci, które zawierają chronione treści były szyfrowane (oczywiście nie dotyczy to przechowywanych w pamięci haseł, PINów i innych osobistych informacji).

Podsumowując Microsoft zainwestował olbrzymi wysiłek, żeby zabezpieczyć komputery przed użytkownikami. Podnosi to koszt produkcji sprzętu, ogranicza możliwości i oczywiście naraża stabilność działania systemu, która tradycyjnie jest mocną stroną produktów MS. Wszystko to odbywa się pod dyktando producentów treści multimedialnych. Chodzi wszak o to, żeby wreszcie kopiowanie filmów i muzyki stało się niemożliwe. Tym razem jednak wydaje się, że paranoiczne zapędy doprowadziły do sytuacji, że również skuteczne odtworzenie legalnie kupionego produktu graniczy z cudem. Na szczęście już pojawiają się metody omijania tych zabezpieczeń, więc najprawdopodobniej za rok będziemy się z tej historii śmiać, tak samo jak dziś śmiejemy się z zabezpieczeń stosowanych w płytach DVD. Szkoda tylko, że koszty walki koncernów z użytkownikami ponoszą wyłącznie użytkownicy.

Ten tekst jest próbą przetłumaczenia i syntezy informacji zawartych w dokumencie “A Cost Analysis of Window Vista Content Protection” autorstwa Piotra Gutmanna.

  1. Czy ktoś jeszcze pamięta NEXTStep?[w górę]
  2. Great HDCP Fiasco[w górę]
  3. Czyli mających rozdzielczość co najmniej 800×600, ale tego MS wprost nie podaje[w górę]
  4. Grafika pochodzi ze strony http://www.1729.com/blog/LookingForAWinWin.html[w górę]

Paragraf 22

- Musiał być jakiś powód. (…) Nie mogli ot tak sobie włamać się tutaj i wszystkich wypędzić.

– Żadnego powodu (…) Paragraf dwudziesty drugi mówi, że mogą zrobić wszystko, czego nie możemy im zabronić.(…)Nie ma obowiązku pokazywania paragrafu dwudziestego drugiego.(…) Tak mówi prawo.

– Założę się, że takiego paragrafu w ogóle nie ma.

To napisał w latach pięćdziesiątych Józef Heller.

A teraz fragment rozmowy pomiędzy Prokuratorem Generalnym USA Albertem Gonzalesem, a republikańskim senatorem Arlenem Specterem (tłumaczenie własne1):

GONZALES: W Konstytucji nie ma bezpośredniej gwarancji habeas [corpus]2, jest zakaz odbierania tego prawa.

SPECTER: Chwileczkę, Konstytucja mówi, że nie można odebrać tego prawa z wyjątkiem sytuacji rebelii lub inwazji. Czy to nie oznacza, że ma się przywilej habeas corpus, chyba że ma miejsce powstanie lub inwazja?

G: Konstytucja nie mówi, że każdy człowiek w Stanach Zjednoczonych lub obywatel ma przywilej habeas corpus, ani go nie gwarantuje. Niczego takiego tam nie ma. Jest tylko napisane, że to prawo nie może zostać zawieszone, z wyjątkiem przypadków rebelii lub inwazji.

S: Depcze Pan swój zakaz naruszania zdrowego rozsądku.
To paragraf 22 już w Stanach mamy. Teraz tylko czekać, aż administracja Jerzego W. zacznie czerpać inspirację od Kafki.

  1. za Baltimore Chronicle&Sentinel[w górę]
  2. skrócona nazwa zasady obowiązującej prawie common law, zakazującej więzienia bez nakazu sądowego [wikipedia][w górę]

Sport

Czeski skoczek miał poważny wypadek. Nasze kochane media informują nas szczegółowo o jego losach i badają przebieg samego zajścia. Załóżmy na chwilę, że działają reguły rynku i ludzie faktycznie chcą to wielokrotnie i z detalami oglądać, że interesują ich rozważania o śmigłowcach i karetkach, a najchętniej obejrzeliby transmisję na żywo z konsylium. Jestem w stanie to wszystko zrozumieć. Nie pojmuję natomiast, dlaczego wypadkiem interesuje się prokuratura.

Sam pomysł prowadzenia dochodzenia sugeruje, że mogło podczas zawodów zostać popełnione przestępstwo. Nie jestem prawnikiem, ale zakładam, że podejrzani są organizatorzy. Na czym więc mogłoby polegać ich przestępstwo? Po pierwsze możliwe jest, że skocznia została niewłaściwie przygotowana technicznie, np. niewłaściwie naśnieżona. Ale wadliwy mógł być tylko rozbieg (zeskok i tak nie został wykorzystany), a od jego weryfikacji są przedskoczkowie, którzy jak rozumiem nie mieli żadnych zastrzeżeń. Zawodnicy zresztą też nie protestowali. Zatem możliwość druga - mimo złej pogody zezwolono na skoki. Zapewne każdy kto trochę spacerował po górach wie, jak zmienna potrafi być pogoda. Nawet w idealnych warunkach może nastąpić niespodziewany i groźny podmuch wiatru. Nie ma więc warunków gwarantujących bezpieczne skoki. Z drugiej strony, gdyby wiatr ewidentnie nie pozwalał na skakanie, żaden zawodnik i tak by nie ryzykował. Sędziowie są więc potrzebni w sytuacjach wątpliwych, kiedy nie wiadomo, co zrobić, a ich głównym zadaniem jest nie zapewnienie bezpieczeństwa (bo to i tak niemożliwe), tylko możliwie równych szans niezależnie od kolejności oddawania skoków. Skoro nie sędziowie winni, to kto? Zostaje jeszcze trener. Może wywarł na swoim podopiecznym presję? Może zmusił go do skoku wbrew woli? Tylko że przecież taka jest umowa pomiędzy zawodnikiem, a trenerem. Na tym polega motywowanie do większego wysiłku, przełamywanie barier. Trener jest od tego, żeby zmuszał i czyni to za uprzednią zgodą trenowanego.

Panowie prokuratorzy, volenti non fit iniuria. Nie szukajcie przestępstwa tam, gdzie go nie było. Tak to już jest na tym świecie, że podejmowanie ryzyka nie zawsze kończy się dobrze. Skąd determinacja urzędników, żeby tej prostej tezie zaprzeczyć?

Czystość aut

Miało nie być o polityce, ale ta wiadomość jest naprawdę ważna. Otóż Der Dziennik donosi, że zawiązuje się nieformalna koalicja LPR i SLD, której celem jest wprowadzenie odpowiedzialności kierowców za czystość samochodu. Pod przewodnictwem dzielnych Pan (P)Osłanek Haliny Murias (LPR) i Krystyny Łybackiej (SLD) koalicja będzie dążyć do wprowadzenia kary do 300 zł oraz punktów karnych dla właścicieli brudnych pojazdów. I niech ktoś po tym spróbuje nazwać LPR prawicą.

Ciekawe, czy nowy przepis obejmie również niechlujne konie pociągowe, które nie zawsze myją się po robocie, a w ogóle to od poniedziałku idą na odwyk?

Świat

Świat stał się malutki. W dowolne (cywilizowane) miejsce globu można dolecieć w niecałe dwadzieścia cztery godziny. Niezależnie od miejsca w dowolnej chwili można z każdym porozmawiać. List elektroniczny dociera do adresata w ciągu kilku sekund. Ale, mimo że odległości wydają się mniejsze, ludzie oddalili sią od siebie.

Brzmi to paradoksalnie. Przecież dopiero teraz technologia pozwala zakochanym codziennie wymieniać listy. Przypominanie o uczuciu, miłe gesty już nie są w żaden sposób ograniczone odległością. Niestety łatwość komunikowania się sprawia, że idziemy na łatwiznę. List papierowy wymaga namysłu, wysiłku, często przepisania, przemyślenia formy i treści. A wyczekany i doręczony, wonny perfumami nadawcy sprawia nieporównywalnie większą radość niż tekst wyświetlony na ekranie. W ten sposób technologia stworzona, aby zbliżyć ludzi do siebie, przeszkadza się porozumieć. Nasza uwaga rozdrabnia się na mnóstwo powierzchownych znajomości, brakuje czasu na odszukanie głębi.

Człowiek ma potrzebę Treści, rzeczywistych uczuć i problemów. Skąd więc brać prawdziwe życie, jeżeli brak przyjaciół. Tu w sukurs znów przychodzi technika. Media zasypują nas historiami z życia obcych ludzi. Seriale, telenowele, reality TV to papka najgorszego rodzaju. Jednak znacznie bardziej zdradliwe jest zajmowanie się rzeczywistymi nieszczęściami.

Oto wielka tragedia rodzinna: Pięcioletni chłopiec zmarł w wyniku zatrucia alkoholem. Widzimy zatroskanego redaktora roztrząsającego szczegóły grzebiącego w historii rodziny, rozważającego potencjalną karę dla rodziców (jakby śmierć dziecka nie była wystarczająca). Przypuszczam, że większość osób oglądających programy tego typu odczuwa współczucie, żal, oburzenie na błędy i przewinienia bohaterów reportażu. Tak już jesteśmy uwarunkowani. W końcu skądś musimy brać naszą codzienną porcję emocji.

W ten sposób skurczony świat zamyka nas w sferze iluzji. Bliscy się oddalili, ich miejsce zajęli obcy i ich przefiltrowane, przekontrastowane życie. A mi pozostaje marzyć o bezkresnym stepie i towarzystwie tych kilku najbliższych osób w powolnej przez ów step podróży.

JE abp Wielgus - podsumowanie

Nuncjatura Apostolska w Polsce niniejszym urzędowo zawiadamia, że ks. abp. Stanisław Wielgus, arcybiskup metropolita warszawski, w dniu przewidzianego ingresu do bazyliki katedralnej i rozpoczęcia posługi duszpasterskiej w Kościele Warszawskim, złożył rezygnację ze swojego urzędu na ręce Ojca Świętego Benedykta XVI, zgodnie z przepisami kan. 401 § 2 Kodeksu Prawa Kanonicznego.

Ojciec Święty przyjął rezygnację ks. abp. Stanisława Wielgusa i powierzył ks.kard. Józefowi Glempowi, Prymasowi Polski, pełnienie funkcji administratora archidiecezji warszawskiej do czasu podjęcia dalszych decyzji.

Warszawa, 7 stycznia 2007 r.

+ Józef Kowalczyk

Nuncjusz Apostolski w Polsce

Nasuwa się tylko kilka pytań. Dlaczego JŚ papież Benedykt zmienił zdanie. Są dwie możliwości. Albo sytuacja w Polsce była już napięta do tego stopnia, że nawet Stolica Apostolska musiała ugiąć się pod naciskiem motłochu (czyli wg dzisiejszego słownika opinii publicznej), albo do Ojca Świętego dotarły informacje, o których wcześniej nie miał pojęcia.

Przypadek pierwszy to odwrócenie sytuacji, kiedy poprzedni papież pozwalał się oklaskiwać tłumowi. Wtedy wszyscy byli szczęśliwi i nikt nie pomyślał, że jeżeli papieża można oklaskiwać, można go również wygwizdać. Jeżeli faktycznie takie są pobudki działania Benedykta XVI, to mimo że cieszę się z jego decyzji, martwią mnie niezmiernie okoliczności jej podjęcia.

Alternatywne wyjaśnienie, do którego osobiście się przychylam - podanie fałszywych informacji przez polską hierarchię kościelną sugeruje, że abp Wielgus miał “wspólników”. Trudno bowiem uwierzyć, że w tak zamkniętym jak Episkopat środowisku ludzie nie mają świadomości, kto kapusiem był, a kto nie. Oczywiście nie sugeruję tutaj, że wszyscy od początku świadomie brali udział w tej hucpie lub, że nie protestując pozwolili na jej przeprowadzenie. Niemniej jednak nie mogę oprzeć się poczuciu, że była to jedynie próba wysondowania gruntu przed większymi rewelacjami, które kiedyś przecież muszą nastąpić.

Teraz podnoszą się głosy, że metropolitą warszawskim powinien zostać ktoś młody, nieuwikłany w PRL-owskie układy, medialny i nowoczesny. Czy to przypadkiem nie jest powód odsunięcia abpa Wielgusa? Oto kilka jego wypowiedzi (za Wikipedią):

W naszych postmodernistycznych czasach, kiedy w imię tzw. poprawności politycznej, szerzony jest totalitaryzm bezideowości (…), oraz kosmopolityzm, który ma za nic przywiązanie do Ojczyzny (…) trudno jest okazywać publicznie miłość do swojego kraju(…) ponieważ określone media, kabarety, banalizujące na ciągle odgrzewanych antynarodowych i antychrześcijańskich utopiach oświeceniowych rewolucjonistów (…) od razu ruszają do ataku z szyderczymi zarzutami o prowincjonalnym zacofaniu, ciemnocie, ksenofobii i nacjonalizmie (…).

Na naszych oczach rodzi się nowy totalitaryzm, totalitaryzm bezideowości, którego wyznawcy narzucają swój ateizm narodom Europy. Czynią to przy pomocy przeciwnego Bożym przykazaniom prawa i posłusznych mediów.

Taki człowiek, nawet niewiarygodny i kłamca, mógłby być niewygodny dla zwolenników “postępowego katolicyzmu”. Coś mi mówi, że to jeszcze nie jest koniec tej smutnej historii i chociaż jedno niebezpieczeństwo zostało zażegnane, możemy jeszcze wpaść z deszczu pod rynnę.

« Poprzednia - Następna »