Czyli sztuka w sensie materializmu (dialektycznego).
Trudno jest polemizować z ponad dwugodzinnym, doskonale przemyślanym wykładem, jeżeli słyszało się go tylko raz. Trudno również polemizować z wielkim autorytetem, nie mając nadziei na odpowiedź. Jednak w odróżnieniu od wykładu, który podlega regułom i formom wyłącznie naukowym, film (nawet dokumentalny) jest rodzajem sztuki, a ta w swoim podstawowym zamyśle ma nie tylko przekazywać idee, ale również wywoływać uczucia. Zatem zamiast podejmować formalną dyskusję, do której i tak nie jestem zdolny, spróbuję streścić wrażenia wyniesione z projekcji.
Żiżek w swoim dziele podnosi trzy kwestie fundamentalne dla każdego gatunku sztuki, ale szczególnie z racji techniki istotne dla przedstawień kinowych. Pierwsza część tryptyku opowiada o bytach i ich przedstawieniu w kinie, dwie kolejne skupiają się na rozważaniach o dualizmie fantazji rozumianej jako projekcja ukrytych ludzkich pragnień oraz postrzeganej, albo kreowanej przez umysł rzeczywistości. Oczywiście rozważania te byłyby czcze, gdyby nie doskonale dobrany zestaw przykładów. Tutaj należy podkreślić dwuznaczność doskonałości doboru dokonanego przez autora. Nie da się ukryć, że sceny którymi się posłużył, wyryte są niezwykle głęboko w pamięci większości miłośników kina. Jednakże są to również przykłady misternie dobrane, aby potwierdzić stawiane tezy.
Tu należy postawić pytanie o ogólne przesłanie całego dzieła. Nigdy nie pada ono wprost. Żiżek unika generalizacji, nie stawia konkretnych postulatów, bo oczywiście nie da się takowych sformułować. Ukazując podobne do siebie przykłady nęci jednak widzów pokusą łatwej generalizacji. Trudno dyskutować o proponowanych przez filozofa interpretacjach kolejnych filmowych scen. Najprawdopodobniej widz uśmiechnie się słysząc, że Hitchcockowskie ptaki są projekcją agresji matki zazdrosnej o nową narzeczoną syna, doceni analogię pomiędzy trzema piętrami domu, gdzie dzieje się akcja “Psychozy”, a proponowanymi przez Freuda trzema składowymi ludzkiego umysłu i ochoczo przytaknie analizie żądzy w “Vertigo”. Można zaryzykować stwierdzenie, że z perspektywy taktycznej batalia o umysły widzów jest znakomicie przygotowana. Na czym jednak polega strategia autora? W jaki sposób Żiżek chce wytłumaczyć sens sztuki filmowej?
Niestety pod tym względem film rozczarowuje. Narrator pozostaje wierny swoim marksistowskim korzeniom i popełnia błąd Freuda. Mianowicie zapomina o metafizycznym aspekcie sztuki i samego człowieczeństwa. Tak jak nie można tłumaczyć ludzkich zachowań w sposób mechanistyczny, ograniczając się z jednej strony popędami i instynktami id, z drugiej zaś nieracjonalnym szaleństwem wysublimowanego superego, tak samo nie można tłumaczyć sztuki w oderwaniu od pragnienia doskonałości i piękna, które jest jedną z podstawowych cnot człowieka. Żiżek objaśnia kolejne przykłady poprzez Freudowskie analogie. Nie do końca wiadomo, czy przeprowadza psychoanalizę fikcyjnych bohaterów, scenarzysty, reżysera, czy może całego kolektywu, którego praca składa się na powstanie filmu. Można jednak założyć, że film jest w swoim zamyśle zazwyczaj dziełem jednego człowieka, jego próbą pokazania nowej interpretacji rzeczywistości, przekazania istotnych idei, wreszcie wywołania u widza konkretnych uczuć, swoistą uwerturą emocji. Czy można więc go rozpatrywać jako dzieło skażone Freudowskim id? Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że filmy są pełne, oględnie mówiąc, najniższego rodzaju uczuć i doznań. Ale, czy są to rzeczywiste odbicia, czy może raczej autorów o id wyobrażenia? Godzi się jeszcze wspomnieć o w pewnym sensie naiwnym traktowaniu przez Żiżka szeroko pojętej religijności. Czyżby nadal religia była wyłącznie opium dla ludu? Nawet Pascal w swoim hazardzie miał więcej przyzwoitości. Niezależnie od przekonań trzeba traktować sferę przeżyć metafizycznych jako część ludzkiej natury. Dążenie do Boga nie jest wyparciem, zastępstwem niezaspokojonych popędów. To naturalne pragnienie człowieka.
Żiżek w swoim dziele znakomicie dokonał rzeczy arcytrudnej. Przez dwie i pół godziny udaje mu się utrzymać uwagę widza prezentując anegdotyczną serię filmowych scen i okraszając ją celnymi komentarzami. Cały film przypomina przejażdżkę kolejką górską, po której pozostaje pamięć kilku najciekawszych momentów i ogólne przeświadczenie, że było warto. Niemniej jednak wizja kina, przy której konsekwentnie się upiera, jest równie mroczna, jak postulowany przez Freuda obraz człowieczeństwa. Do widza należy rozstrzygnięcie, czy godzi się tak tę sztukę trywializować. Dla najwytrwalszych jest również możliwość dokonania psychoanalizy autora według nakreślonego tym dziełem modelu.