Widziałem wczoraj w TV ekobęcwała z Greenpeace, który z namaszczeniem tłumaczył, że globalne oci***enie jest oczywiście faktem, ponieważ większość naukowców tak uważa. Trudno, żyjemy w czasach, kiedy liczba rozstrzyga o normach moralnych, a komisja poselska w drodze głosowania ustala przebieg wydarzeń. Ale ludzie nauki to przecież elita intelektualna. Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć, że prawda nie leży zawsze pośrodku. Prawda leży dokładnie tam, gdzie leży. Jakie to ma znaczenie, ile osób poprze fałszywą teorię? Czy to doda jej słuszności?
A mimo to niektórzy powołują się na konsensus. Czy ktoś jeszcze pamięta, jakie było stanowisko większości w sprawie Układu Słonecznego w czasach Kopernika. Jak miała sie teoria Einsteina do ówczesnej fizyki? Konia z rzędem temu, kto wskaże w historii ludzkości choć jedno przełomowe odkrycie, które nie zaprzeczało dotychczasowym “konsensusowym” poglądom.
Szkoda, że teraz jakikolwiek przełom jest praktycznie niemożliwy. To drobiazg, że idący pod prąd są wyśmiewani. Zawsze byli. Problemem jest, że nie mają oni szans na zdobycie funduszy na swoje badania. Kiedyś zapaleniec musiał przekonać jednego mecenasa. Teraz decyzję podejmują urzędnicy i nawet zakładając, jeśli to nie jest nadmiarem uprzejmości, ich jak najlepsze chęci, przyznanie finansowania badaniom przeczącym obowiązującemu stanowi wiedzy jest rażącą niegospodarnością. I dlatego zamiast niepokornie odkrywać rzeczy wielkie, musimy korzyć się przed tyranią większości. Nawet w nauce.